Wiedeń zupełnie „inaczej”

W powszechnym mniemaniu Wiedeń to synonim pięknej architektury rodem z epoki Freuda i Klimta. Niegdyś stolica 57-milionowej monarchii, a dziś dużo mniejszego kraju, nadal jest miastem, w którym sale koncertowe, teatralne i muzealne wypełnione są po brzegi. Ale nie tylko!

Za sprawą wielokulturowej przeszłości miasta wykształciły się u jego mieszkańców zabawne maniery, a także cechy uchodzące nawet za mieszczańskie przywary. Barwny język, który oscyluje między literackim „wysokim niemieckim” a żargonem i dialektem, to także pozostałość historyczna. Monarchia była przecież konglomeratem wielu narodowości. Nazwa „prawdziwy wiedeńczyk” wywodzi się właśnie stamtąd. A jego język, jak i przywary są „wienerisch”. Oto kilka typowo wiedeńskich smaczków.

Urzędnik
Wysoka ranga urzędnika w Wiedniu to pozostałość z czasów panowania cesarza Franciszka Józefa. Długo panujący władca, który przegrywał wojny i dyplomatyczne spory, stworzył wokół siebie silny aparat biurokratyczny. Zarządzanie wewnętrzne nadawało wtedy nowy status państwu, przez co posada urzędnika urosła do kultowego zawodu. Nie było w monarchii bardziej prestiżowego zajęcia dla dobra ludności. Dzień w dzień cesarz siedział od rana do późnych godzin przy swoim biurku w pałacu Hofburg i przyjmował interesantów. Historycy, słusznie lub nie, wyjaśniali tę jego ciężką pracę jako akt desperacji z powodu utraty rzeczywistej władzy, a czas panowania nazywali wielką audiencją. Na jego biurku piętrzyły się wciąż akta dziwnych spraw z podległych mu krajów.
Tą biurokracją Austria jest przesiąknięta aż do dziś. Właściwie boimy się urzędnika, często jesteśmy całkowicie zdani na jego przychylność czy dobry nastrój. Nie zawsze reprezentuje on przepisy, interpretując je w sposób umowny i mało obiektywny. Stereotypowo urzędnikiem w Wiedniu jest najczęściej surowa, mało życzliwa i niezbyt obiektywna kobieta, która z racji urzędu traci swoją kobiecość. Jej płeć staje się „ogólna”.
Każda sprawa składa się z aktu wstępnego, aktu głównego i aktu końcowego. Niezliczona ilość formularzy, które dostajemy przy okazji, z góry nastawia nas negatywnie. Często nieznajomość pewnych kruczków prawnych oznacza mnóstwo straconego czasu, co rodzi ciągłe zniechęcenie wobec pracy urzędów. No cóż… Następny proszę!

Pani Doktor
Nie jest to profesja medyczna, tylko określenie żony wysoko postawionego w wiedeńskich kręgach męża. To bardzo wiedeński zwyczaj, sięgający także korzeniami czasów cesarstwa. W wyższych sferach stołecznych, w których obracają się dyrektorzy, przemysłowcy, właściciele znaczących posiadłości i latyfundiów, wykształceni spadkobiercy znaczących nazwisk, najważniejszą rolę odgrywa zawsze mężczyzna – nadal, niestety… To on dostaje najlepszą lożę na balu w operze, eksponowane miejsce na cmentarzu, a nawet małą garsonierę na flirtowanie w pięknej dzielnicy w centrum. Jego dzieci uczęszczają do drogich szkół prywatnych, a wieczorem odwiedzają renomowane szkoły taneczne.
Wszystko to organizuje żona, która w swojej edukacji nie doszła często nawet do poziomu… matury, a mówi się, że skończyła studia. Jest ona całkowicie oddana rodzinie. Pewną formą „docenienia” jej poświęcenia jest właśnie tytuł „pani Doktor”. Dostaje go w nadmiarze – w aptece: lekarstwo do odbioru Pani Doktor; w kasie teatru: bilety odłożone dla Pani Doktor; w drogerii: dziękujemy Pani Doktor; u lekarza: następna Pani Doktor; w serwisie samochodowym: na wieczór gotowe, Pani Doktor; w kawiarni: jak zawsze melange dla Pani Doktor.
Tytułomanię zawdzięcza Wiedeń najbardziej znanej wiedence, Marii Teresie. Ostatnia księżniczka z domu Habsburgów była co prawda rządzącą królową, nie zaś cesarzową. Cesarzem był jej mąż Franciszek I Lotaryński. Jak każda żona cesarza, była jednak cesarzową tytułowaną. Także cesarzowa Elżbieta, pomimo tego, iż mniej przejmowała się pochodzeniem otaczających ją osób, przebywała towarzysko tylko w kręgach arystokracji. Do salonu wpuszczała co prawda elity finansowe i artystyczne, ale spełniać one musiały wysublimowane warunki estetyczne i edukacyjne. Elegancja i zamożność to tylko podstawowe cechy, bez których nie można było się pojawić w towarzystwie cesarzowej.
Współczesna Pani Doktor najczęściej nie zamieszkuje już w pałacach, nie zaprasza na domowe bale, ale nadrabia hucznymi przyjęciami urządzanymi przez siebie w ogrodzie. Naturalnie musi być widziana na wernisażach, odczytach i wydarzeniach kulturalnych. Z reguły żona-męża nie zabiera głosu w dyskusjach politycznych, jedyną dozwoloną opinią jest „jeżeli innym się powodzi, to nam też się może dobrze powodzić”. Niech żyje egoizm!

Jego Cesarska Wysokość
Bardzo wiedeńska, a zarazem niespotykana i fascynująca jest historia pochówku Habsburgów w kryptach kościoła oo. Kapucynów. Kościół Kapucynów to jeden z najstarszych zabytków Wiednia, gdzie mieściła się Krypta Cesarza. Od roku 1633 chowano tam ciała Habsburgów. Kapucyni z kolei to żebraczy zakon, stąd nieprzypadkowo wybrano ich świątynię na miejsce pochówku dla władców, aby okazać skromność przed majestatem Boga.
Przykładem tego była ceremonia żałobna, w czasie której przeor przed wprowadzeniem trumny do kościoła pytał: Kto pragnie wejść? Na co marszałek dworu odpowiadał: Jego wysokość cesarz Austrii, król Węgier. Mnich ponownie pytał: Nie znam nikogo takiego! Kto chce wejść? W odpowiedzi słyszał: Cesarz, król Węgier, król Dalmacji, Chorwacji, Słowenii, Galicji, Lodomerii, Wielki Książę Siedmiogrodu, Wielki Książę Toskanii i Krakowa, Książę Lotaryngii i Salzburga, Styrii, Koryntii i Krainy. Przeor mimo to pytał dalej: Nie znam cię! Kto chce wejść!? Słysząc te słowa marszałek klękał i mówił: Pokorny grzesznik, który prosi o Bożą łaskę. Wówczas orszak mógł przekroczyć progi kościoła.
Dla Habsburgów śmierć była źródłem wielkiej fascynacji. Ta fascynacja została utrwalona w wiedeńskiej obyczajowości. Pogrzeb to pewnego rodzaju misterium. Do dziś mieszkają w stolicy ludzie, którzy zakładają osobne konta w banku z przeznaczeniem na wystawny pochówek. Nic dziwnego zatem, że Cmentarz Centralny należy do jednej z największych nekropolii w Europie. Na wieki wieków!

Kasperl und Pezi
Dwie śmieszne figurki niby teatrzyku lalkowego dla dzieci, dwie śliczne marionetki: pajacyk i misiek. Cotygodniowy serial wyświetlany był zawsze w środę, ściągając widownię zarówno z miasta, jak i prowincji. Teatrzyk gościł w małych zamkowych scenach, domach milionerów, szkołach i przedszkolach. Kto wyrósł z tym teatrzykiem, rozumie doskonale powiedzenie: „Ein echter Wiener geht nicht unter” (Prawdziwy wiedeńczyk zawsze da sobie radę).
Kasperl i Pezi byli w Austrii bardziej popularnymi postaciami niż Batman i Robin. Stanowili zarazem „obserwatorium” wiedeńskiej duszy w gorzko-słodkim, scenicznym wydaniu. Co prawda marionetki miały bawić dzieci, ale przekazywane treści były często mało poprawne politycznie. Cudzoziemcy byli przedstawiani trochę zabawnie, trochę złośliwie, a historie opowiedziane przez misia Pezi wydawały się dziwnie tajemnicze. Kultowy misiu spędzał swoje dzieciństwo w domku jednorodzinnym pełnym ponurych tajemnic i dziwacznych mebli wraz ze śmiesznymi dziadkami Petz.
Naturalnie rodzina Pezi mogła utrzymywać kontakty tylko z „poprawnymi” mieszczańskimi rodzinami. A towarzysz Kasperl, pajacyk i klaun, w podejrzanie śmiesznym ubraniu z białą czapką błazna na głowie i kaftanie z dzwonkami był trochę uosobieniem niegrzecznego, skłonnego do psot chłopca. „Krawutzikapuzi”, często powtarzane przez misia Pezi słowo, zdradza jego bałkańskie pochodzenie, które jest jednak zamaskowane. Pomimo pewnych ukrytych „niepoprawności” figury te ilustrowały oblicze prawdziwych wiedeńczyków, wywodzących się z bliżej nieokreślonej prowincji. 250 odcinków „Familie Petz” przeszło tak czy owak do austriackiej historii.

„Krawutzikaputzi”!
To tylko kilka wybranych cymesików wokół „wiedeńskiej duszy”, opracowanych na podstawie ciekawej lektury Wien wirklich – Von Amtsperson bis Würstelmann. Andrea Maria Dusl, prywatnie psycholog i sędzia, w dowcipny, a zarazem dosadny sposób opisuje ukryte przywary mieszkańców austriackiej stolicy. To wysmakowany zbiór esejów o wielkim europejskim mieście z nutą tragikomicznej melancholii.

Artykuł opublikowany w piśmie „Polonika”, nr 296,
maj/czerwiec 2023